Korona już na horyzoncie albo o „Płomiennej koronie” E. Cherezińskiej

 
Jak wspominałam na Instagramie, zrobiłam sobie małą przerwę w czytaniu powieści Natalii Rolleczek, ukazało się bowiem zamknięcie trylogii „Odrodzone Królestwo” Elżbiety Cherezińskiej. Jak wrażenia z lektury, zapytacie? Ano, odpowiem, mieszane.


Może najpierw dwa słowa o tym, że „Korona śniegu i krwi”, pierwszy tom trylogii, podobała mi się bardzo (a sięgnęłam po nią zachęcona recenzją Rbita). Ba, do tego stopnia, że wciągnęłam kilka osób w świat dążącego do zjednoczenia Królestwa Przemysła II, którego ze wszystkich stron otaczają wrogowie. „Niewidzialna korona”, która przyszła jako tom drugi, mnie dość mocno rozczarowała: akcja rozciągnięta na wiele lat, bohaterowie, których zapamiętałam z części pierwszej, dość mocno się zmienili, choć nie wiadomo kiedy i jak (kiedyś ty się tak postarzał, Jakubie Świnko?) – generalnie, owszem, przeczytałam, ale zachwytów już nie było (i zgadzam się z recenzją Tarniny, choć byłabym nawet surowsza w ocenie). No, ale Wy tu zapewne nie chcecie czytać wspominek, ale dowiedzieć się, jak wypada tom trzeci, prawda? Ponieważ uczucia mam mieszane, ujmę je w punkty, żeby jakoś je uporządkować. I chociaż tekst dotyczy zasadniczo „Płomiennej korony”, to odnoszę się i do dwóch poprzedzających ją „koron”, bo trochę trudno pisać o trzecim tomie, nie przywołując poprzednich dwóch.

Ci straszni Czesi. Ten trend zaczął się już w „Niewidzialnej...”, ale w „Płomiennej...” jest cały czas obecny i cały czas straszy. Mimo że w ostatnio udzielonym Michałowi Nogasiowi wywiadzie Elżbieta Cherezińska podkreśla, że ważne jest dla niej, by nawet czarne charaktery mogły przedstawić swój punkt widzenia, by nie stać się jednowymiarowymi i po prostu złymi, bo wroga trzeba szanować, to nie mogłam nie zauważyć, że Przemyślidzi we wszystkich trzech częściach trylogii są bandą degeneratów. Owszem, zdarza się czasem jakiś okropny Piast, ale u Przemyślidów w trylogii to norma: dewianci, okrutnicy, niezrównoważeni psychicznie, można by tak wymieniać i wymieniać. Matka przyszłego króla i cesarza, Karola IV, Eliška, jest postacią absolutnie odpychającą, jej siostry zresztą podobnie. Sam Karol IV, który ma na zakończenie powieści lat dwa, już wydaje się dzielnie kroczyć w tym kierunku (choć to tylko półkrwi Przemyślida, liczę, że to go ocali). Rozumiem, że w fabule trzeba kogoś nie lubić, a komuś kibicować, a w sporze królowych (jak się na to czasem mówi w czeskiej historiografii, czyli okresie konfliktu między królową wdową po Wacławie II i Rudolfie I, Rikissą, i panującą królową, Elišką właśnie) sympatia autorki jest po stronie Rikissy, ale czemu od razu Eliška musi być tak paskudną postacią? Mechtylda Askańska była okropna, demoniczna i można się jej było bać, a jednak nie była karykaturalna – ale widać Przemyślidom nie było to na kartach wszystkich koron pisane.

I ich straszny język. Bardzo mi się podobało, że autorka postanowiła nazywać postaci w ich oryginalnych językach – ale jakoś na wysokości drugiego tomu coś zaczęło szwankować. Tam tylko przy imieniu pazia, służącego Wacława II, w „Płomiennej koronie” zaś w ogóle wszystkim zaczęło urywać od diakrytów. Widzicie, może to nie przeszkadzać, ale mnie strasznie denerwuje, kiedy zamiast „Přemysl“ mamy „Premysl” (pierwsze czyta się bliżej naszego „Przemysł”, ale z wibrującym „rz”, drugie, sami wiecie), kiedy czeskich nazw miast się nie odmienia (rozumiem, że redakcję mógł przerazić Týřov, ale Mělník? Mamy w Polsce również miasto Mielnik i nikt chyba nie powie, że właśnie wjechał do Mielnik?). No i ta niekonsekwencja, którą rozumiem najmniej: wszyscy nazwani „ze swojego”, a Jindřich z Lipé przez całą powieść nazywany jest Henrykiem z Lipy.
 
 
Tak sobie Łokietka wyobrażał Wojciech Gerson, a minę jego Łokietek ma chmurną jak ja przy czytaniu niektórych partii powieści. Źródło.
 

Romas. A jak już przy Henryku z Lipy jesteśmy: królowa Rikissa w drugim tomie dała się poznać jako postać bez skazy, wspaniała i od razu budząca ciepłe uczucia we wszystkich, nawet w mordercach czyhających na jej życie. W trzecim tomie nadal taka jest. Autorka wybrała tę wersję historii, w której Rikissa i Henryk są postaciami pozytywnymi (oczywiście jest i historia przeciwna, nawet bardzo, ale autorka ma prawo wybrać taką, jaka pasuje do jej wizji – i rozumiem, że robi to przez wzgląd na czynniki fabularne i sympatię do bohaterów), ale i tutaj coś mi nie grało. Przez pierwszą część książki Rikissa bowiem widzi, że z Henrykiem nie wszystko jest do końca tak wspaniale i że może ambicje szlachcica są zbyt duże, a intencje nie do końca czyste. Potem jednak ten wątek znika. Rikissa sama w sobie jest znacznie mniej denerwująca, bo w końcu nie tylko wszyscy nas zapewniają, że jest wspaniała, ale i sama bohaterka coś robi, by nas o tym przekonać. No dobrze, zostawmy już tę parę. Nie wyczerpuje to jednak wątków romansowych: przede wszystkim wątku smoka, który mnie nieco, delikatnie mówiąc, zdziwił w „Niewidzialnej...”, a w „Płomiennej...” dziwił może jeszcze bardziej, także dlatego, że właściwie nie doczekał się zakończenia. Autorka w posłowiu zapowiedziała kontynuację, więc może co nieco się wyjaśni – a jednak Michał Zaremba wydawał się być integralną częścią tej trylogii i szkoda, że koniec końców nic się tu nie wyjaśniło. Wątki fantastyczno-pogańskie, jak nazwała je Tarnina, w ogóle nieszczególnie tu grają, bo zamiast służyć materii powieściowej w „Płomiennej...”, są rodzajem otwarcia do innej opowieści, gdzie pierwsze skrzypce grają Krzyżacy, a może już i Litwini.

Zagłada mieszczaństwa. Można by czytać „Płomienną...” jako powieść o końcu pewnej epoki: o końcu rozwijania się „stanu średniego” i o rosnących przywilejach dla rycerstwa. Generalnie bunt wójta Alberta zostaje tu wpisany w nieco inną narrację (przywracania przez Łokietka jedności w Królestwie), ale w zestawieniu z tym, co dzieje się w Czechach (dostajemy dość paskudną scenę, w której Henryk z Lipy z towarzyszami naigrawa się z więżących ich mieszczan), zaczyna to wyglądać dość dziwnie. Jakby tylko i wyłącznie jedna warstwa społeczna była odpowiedzialna za to, że dzieje się dobrze lub że dzieje się źle. Cherezińska wybrała tę wersję historii, w której wspomniany bunt nie jest rozumiany na podłożu narodowościowym, a rycerze Łokietka nie każą wszystkim mieszczanom powtarzać „soczewica, koło, miele, młyn” i to, przyznam, było ciekawe posunięcie. Brakowało mi jednak jakiejś refleksji nad pozycją mieszczan: dostajemy właściwie wyłącznie spojrzenie „szlachetnie urodzonych”, którzy widzą w mieszczanach zagrożenie, bogacących się wrogów, których nie szanują i uważają za coś o wiele niższego od siebie. „Dobrzy” mieszczanie na kartach powieści to jakieś anonimowe przekupki – szkoda mi tego, oj, szkoda.

Gorszy nadmiar niż niedobór. W „Płomiennej koronie” to hasło pasuje i do redakcji (sprawdźcie, ile razy na pierwszych stronach pojawia się przymiotnik „upiorny”), i do pewnych wątków. Otóż: skrytobójcy. Niby nie ma ich aż tak dużo, przez całą trylogię grasuje ich ze trzech, ale w „Płomiennej...” jakaś szalona ilość postaci ginie z ich ręki, a jak nie ginie, to przynajmniej umiera na ich oczach. Zastanawiam się, z czego to wynika. Autorka wspomina w wywiadach, że w sumie wie, jak wszystko ma się skończyć, no bo to historia – a że postaci nie zawsze dożywały właściwego momentu (można sobie wyobrazić, że jednak fabularnie lepiej wyglądałoby, gdyby Jakub Świnka dożył koronacji Łokietka), to trzeba było to i owo jakoś wytłumaczyć. Ale, kurczę, taka ilość skrytobójstw? Na mój gust ciut za dużo i tak jak jeden z bohaterów aż się dziwiłam na wieść, że któraś postać umarła zwyczajnie ze starości.

A co ci się właściwie podobało, narzekająca Pyzo? Podobały mi się ukłony w stronę pierwszej części, których brakowało mi w drugiej (wiem, że ciągle powtarza mi się w tej notce Jakub Świnka, no ale: Jakub Świnka). Podobało mi się, że tak po pięćsetnej stronie akcja ruszyła z kopyta i aż trudno mi się było oderwać od powieści. Podobało mi się kilka nowych postaci, wprowadzonych do powieściowego świata, choć aż żal, że niektóre pojawiły się dopiero teraz (Borutka! Gerward Leszczyc!). Generalnie lubię wątki templariuszowskie, więc nawet się ucieszyłam, że są obecne w „Płomiennej...”. Czy jestem więc rozczarowana? Nieco. „Korona śniegu i krwi” obiecywała jednak więcej, niż dała cała trylogia. Co dalej? Zamierzam zabrać się za powieści Cherezińskiej o początkach Piastów, bo już czekają na półce.

A czy Wy już czytaliście? Z chęcią porozmawiam o wrażeniach!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Ja nie czytałam, ale mam wrażenie, że moja mama czytała :D Wszyscy podsuwają jej książki ,,historyczne" które jej, jako historykowi z zawodu, tylko ciśnienie podnoszą.
    Bardzo ciekawy wydaje mi się pomysł oryginalnej pisowni nazwisk, chociaż współczuję człowiekowi, który musiał tam wpychać te wszystkie znaki. Do tego wybitnie łatwo pomylić się przy tej robocie, a już w ogóle nie wiem, jak dochodzili odmian imion. Albo czytanie tej książki na głos - to też musi być wyższa szkoła jazdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, tak naprawdę poza czeskimi znakami diakrytycznymi to właściwie nie ma tam za wiele innych podstępów, część imion zostaje w jakiś sposób spolszczona, choć brzmi "z obca" (tak się dzieje, mam wrażenie, z Rikissą, czyli Elżbietą Rychezą). Z odmianą imion w związku z tym nie jest źle (choć niektóre czeskie imiona w ogóle są zapisywane tak, że jakiś czas mi zajęło odcyfrowanie, co to są za imiona tak właściwie), gorzej z odmianą nazw miejscowości.

      Usuń
  2. allegra walker3 sierpnia 2017 15:56

    @ czemu od razu Eliška musi być tak paskudną postacią? Mechtylda Askańska była okropna, demoniczna i można się jej było bać, a jednak nie była karykaturalna

    O, a mnie właśnie bardzo się podobało, jak autorka stworzyła tę postać, jednoznacznie negatywną, a przy tym pozbawioną wszelkich demoniczności, niezwykłości i supermocy (wydaje mi się, że łatwiej jest stworzyć demoniczny czarny charakter). Taka sobie zwyczajna kobietka, u której dominującą emocją jest niechęć do wszystkich. Bardzo przekonująca, i moim zdaniem nie karykaturalna - poza tym, że wredna, to nieszczęśliwa, bo sama się dusi tą swoją niechęcią. Znamy takich ludzi?... Mam nadzieję, że nie znamy, ale wydaje mi się, że jednak istnieją.

    A co do samej książki, to na pewno podobała mi się bardziej niż "Niewidzialna korona", nad którą najpierw wisi cień zabójstwa Przemysła, a potem dominują ponure postacie obu Wacławów (a dodatkowo Krzyżaków i skrytobójców). Były wzruszenia i radości (Rikissa! i Władek, którego wcześniej nie cierpiałam, a tutaj tak ładnie dorósł do korony), a jednak po skończeniu czułam lekkie rozczarowanie. Może dlatego, że pierwszy tom był taką rewelacją? Może z powodu wątków krzyżackiego i smoczego, tak kompletnie dla mnie nieinteresujących, że główną myślą podczas ich czytania było "niech to się już skończy". Może też dlatego, że autorka chciała zawrzeć w książce WSZYSTKO i przez to wyszedł trochę jakby konspekt, w którym ciężko się rozsmakować czy zatrzymać na dłużej nad jakimś fragmentem, bo ciągle dzieje się coś nowego.

    Ale, żeby nie kończyć smętną nutą: ona naprawdę ich kocha. Wszystkich. Cieszy mnie i wzrusza, że ktoś z takim zachwytem opowiada o naszych książętach.

    Oraz: wielbicielka Jakuba Świnki pozdrawia wielbicielkę Jakuba Świnki! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że zapewne mniej by mnie to uwierało, gdyby nie to, że Eliška to kolejna z cyklu "paskudnych Przemyślidów" (nie wiem, czemu akurat im się tak dostało, bo moim zdaniem to bardzo wykrzywia sposób pokazywania czeskiej historii -- już pominę tego Henryka z Lipy jako bohatera nad bohaterami).

      Mam podobnie: pierwszy tom mnie na tyle pozytywnie zaskoczył, że kolejne przyniosły mniejsze lub większe rozczarowania. Wątki krzyżackie były w większości faktycznie słabe (autorka miała ciekawy pomysł, ale z realizacją jest tu różnie: w większości te rozmowy toczone między Krzyżakami nie porywają), a smoczy nie doczekał się finału, co moim zdaniem jest błędem. Bo albo stanowi część tej historii, albo nie -- a tu właściwie okazuje się, że jest po nic.

      O, z tym konspektem to dobrze nazwane. Zgadzam się. Dobrze, że choć Jakub Świnka w tej części ożył, bo w drugim tomie było mi żal, że tak jakoś spapierowiał ;-).

      Usuń
  3. Jestem przed lekturą "Płomiennej...", więc nie jestem teraz dobrym partnerem do rozmowy, niemniej jednak mam nadzieję, że nie zawiodę się tą częścią. Pierwsza podobała mi się bardzo, druga nieco mniej, ale nie była zła. Poza tym, na okładce trzeciej jest Władek! No to przecież jeden ogromny plus :) (Władka polubiłam już w pierwszym tomie, świetny był! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Władek z pierwszego tomu jest świetny -- ale już w drugim tomie ta postać się rozpływa, rozdrabnia, niby przechodzi ewolucję, a jednak znika tutaj to, za co się lubiło ją w pierwszym tomie. W trzecim jest ciut lepiej, ale i to nie za bardzo, niestety. Także ja na przykład wcale nie miałam przy czytaniu specjalnej uciechy w trakcie koronacji, a przecież chyba nie o takie wrażenie chodziło.

      Usuń
  4. Ja też już jestem po lekturze. Ufff! Ogólnie rzecz biorąc, lubię obszerne książki, ale tu muszę powiedzieć, że nie jestem wdzięczna autorce za dodatkowe 300 stron, którymi, jak napisała, wynagradza czytelnikom trzy lata czekania na ten tom. Kupiłam i przeczytałam "Płomienną..." głównie po to, żeby dokończyć serię. Dokończyłam z pewnym wysiłkiem, choć zgadzam się, że ostatnia część była lepsza od poprzedniej i niestety nie tak dobra jak pierwsza. Żałuję w ogóle, że autorka zdecydowała się na kontynuację pierwszej "Korony", bo rozbudziła w czytelnikach apetyt, którego nie była w stanie potem zaspokoić. Mimo wszystko uważam "Płomienną..." za powrót do lepszej formy Cherezińskiej, dwuksiąg o Świętosławie ledwo wymęczyłam i przecierałam oczy ze zdumienia, czytając na skrzydełku okładki "Płomiennej...", że to jej największe osiągnięcie. Może dla tych, którzy nie czytali wcześniejszych książek autorki.

    Cieszę się, że wspomniałaś o tych niuansach językowych, które - jako osobie nieznającej czeskiego - mi umknęły. Imię Henryk z Lipy wydało mi się naturalne, ale masz rację, nie da się obronić, jeśli przyjmujemy wersje imion postaci w ich ojczystych językach.

    Ale zupełnie mi nie przeszkadzało, że rzeczony Henryk był tak świetną i bez skazy postacią - w końcu po co jest literatura popularna, jeśli ie po to, żeby można było sobie poczytać o wspaniałych mężczyznach? Dodatkowo Henryk musiał być wspaniały, żeby zagrał wątek romansowy. Choć i tak twierdzę, że najciekawszą parą tego tomu byli Kuno/Koendert i Zyghard i żałuję, że autorka nie zdecydowała się na rozwinięcie ich wątku, a nawet, że go tak jakoś mało przekonująco wygasiła. Właściwie to kiedy oni przestali być kochankami i dlaczego?

    No i na koniec jeszcze dodam, że najlepszy w powieści, a nawet zachwycający, był prolog "Akka 1291", a najbardziej znużyły mnie rozdziały dotyczące wątku głównego całego cyklu, czyli jednoczenia Polski - w tej fazie przez Łokietka. Niestety. Władek był świetny jako dziecko, na Władysława Cherezińska nie znalazła dobrej formy.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, miałam podobnie -- te 300 stron raczej mnie zmartwiło, a po lekturze widzę, że gdyby wyciąć cały wątek smoka i pogan spokojnie obyłoby się bez nich. A kręgosłup byłby zdrowszy ;-). I zgadzam się: gdyby "Korona śniegu..." została pojedyńczą powieścią, zachowałabym o niej dużo lepsze wspomnienia niż teraz po całej trylogii. No a ma być jeszcze ciąg dalszy...

      Zmartwiłaś mnie tym o "Hardej" i "Królowej", pożyczyłam obie od Mamy, żeby sobie poczytać w długie jesienne wieczory (bardzo lubię tę historię po "Sadze o jarlu Broniszu") i jeśli nie jest za dobrze, to smutek. No, ale spróbuję!

      Mnie wspaniałość Rikissy i Henryka jednak denerwowała, zwłaszcza że części ich posunięć (zaproszenie wojska jaworskiego) nie da się tak łatwo obronić. A co do romansu krzyżackiego: nie byłam wielką fanką (głównie ze względu na to, że on mi jakoś zupełnie nie wynikał z postaci i z ich rozwoju), ale masz rację, tutaj dodatkowo zniknął na dziwnych warunkach.

      Co do postaci Władka -- jak pisałam wyżej -- też uważam, że średnio wyszedł po pierwszym tomie, gdzie był świetną postacią. W sumie trudno mi natomiast powiedzieć, jaki wątek najbardziej mnie w "Płomiennej..." ujął, tak z perspektywy czasu. Hm.

      Usuń
  5. Ciągle sobie obiecuję, że nadrobię Cherezińską, ale wciąż odkładam to w czasie. W ogóle z literaturą historyczną jestem raczej na bakier, mało co znam. Na półce leżą "Królowie przeklęci" od pół roku i też jakoś nie mogę się za nich zabrać. Ale najpierw "Królowie", a później Cherezińska. Szkoda tylko, że kolejne tomy rozczarowują - przynajmniej się pierwszym zadowolę :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy tom polecam :-). Natomiast "Królowie..." są jeszcze cały czas przede mną, jakoś Druon mnie ominął, choć nie celowo ;-).

      Usuń
  6. Chyba za dużo się naczytałem krytycznych słów pod adresem twórczości Cherezińskiej, by się zabierać za tak obszerny cykl. Ale trafiły do mnie "Córki Wawelu" i już mnie ciągnie do lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, "Córek Wawelu" już się mogę doczekać, zapowiadają się smakowicie!

      Usuń