Tajemniczy ogród, chata na uboczu i rodzinne historie albo o trylogii „Kuba znad Morza Emskiego” N. Rolleczek


Morze Emskie – to na wpół dziki ogród, przylegający do domu państwa Kępów. Oprócz dziadka i babci mieszka w nim jeszcze dalsza rodzina: dwójka ich dzieci, bibliotekarka Alicja i geolog Boromeusz, stryj Henryk z Miejskiej Rady Narodowej z żoną Wacławą, pieszczotliwie nazywaną statuą i bliźniaczkami Niką i Kiką. Nie wspominając o psie Błysku i innych mniej lub bardziej udomowionych zwierzętach.

Wpadłam, powiem Wam od razu, i dałam się zaczarować, bo cała trylogia – „Kuba znad Morza Emskiego”, „Wyspa San Flamingo” i „Choinka z Monte Bello” – udała się Natalii Rolleczek nadzwyczajnie. Koncept jest prosty, choć sprawdzony: tytułowy Kuba mieszka we wspomnianym domu, bo jego matka nie żyje, ojciec zaś wyjechał, ma nową rodzinę i robi karierę jako inżynier w Maroku. Kuba, praktycznie zatem sierota, obdarzony ogromną wyobraźnią i z niespożytą energią, wpadający co rusz w coraz to nowe, często zabawne, a czasami smutne sytuacje, jest wymarzonym bohaterem. Trzeba też przyznać, że i odmienna od poprzednich powieści Rolleczek, trzecioosobowa narracja, i przyjrzenie się tym razem światu z perspektywy małego chłopca (Kuba jest na początku podstawówki) dobrze tym powieściom służą. Przyznaję, że na początku byłam przekonana – dzięki tytułom – że będę mieć do czynienia z jakąś fantazją rozgrywającą się w ciepłych krajach. Tymczasem wciąż mamy Kraków, głęboki PRL, a fantastyczne i brzmiące egzotycznie nazwy to najczęściej zasługa Kubusiowej wyobraźni.

„Kuba znad Morza Emskiego” wprowadza nas w ten świat: pokazuje potyczki z codziennością, a motywem przewodnim jest zagrożenie, że ogród przydomowy zostanie zniszczony, bowiem tuż obok domu Kępów ma powstać osiedle nowych bloków. Kuba postanawia więc zapobiec katastrofie sobie znanym sposobem: zebrać pieniądze na okup dla tych, którzy mogą ogrodowi zagrozić. Pomysły, na jakie wpada, by wymyśloną przez siebie kwotę uzbierać, są zabawne, a styl Rolleczek – lekko ironiczny – pięknie się tutaj sprawdza. Dowiecie się zatem, jak zarobić na znalezionej w ogrodzie martwej wronie, przekonaniu ludzi, że z łapówką da się więcej załatwić (motyw obecny już w „Gangu panny Teodory”) i jak bogactwo stracić przez zamiłowanie do porządków i dobre chęci. Poza tym śledzimy życie Kępów i ich sąsiadów: są i skłócone ze sobą sąsiadki, które mają sobie nawzajem za złe, że pochodzą z różnych środowisk (Kuba zresztą odegra tutaj pewną rolę, zbliżoną do znanej z baśni Grimmów o głupim Jasiu), jest i szalony wuj Boromeusz, który przede wszystkim kocha kamienie, w związku z czym z dużym roztargnieniem podchodzi do rzeczywistości poza nimi, jest tajemniczy Mietek, którego Kuba dokarmia, znajdzie się miejsce na zabawę inspirowaną antykiem. Szkoda co prawda, że po zakończeniu „Kuby...” autorka nie pociągnęła zapowiadającego się bardzo ciekawie wątku zniszczenia ogrodu (z piękną sceną ratowania wodociągu!). Najsłabszą, moim zdaniem, rzeczą w tej części jest postać ojca, zbyt przerysowana – ale ojcowie z zagranicy nie mają u Rolleczek dobrej passy.


W wydaniu, które czytałam (wszystkie części razem) ilustracje są wspaniałe, a ich autorką jest Teresa Wilbik.


„Wyspa San Flamingo” dzieje się z kolei w Beskidach (jeśli nie mylę się tutaj w geografii), w czasie wakacji. Wuj Boromeusz zabiera Kubę do domku nad jeziorem, towarzyszy im jeszcze Mila, której rodzice wyjechali i trafiła pod opiekę niefrasobliwego geologa. Okolica okazuje się kryć swoje tajemnice, pojawią się nowi, nieoczekiwani bohaterowie, będą emocjonujące wyścigi ślimaków i powódź, pojawi się również ciekawie rozegrany wątek wojenny. To taka idealna lektura na lato: z posmakiem dawnych wakacji, z atmosferą z lekka melancholijną, ociupinką nostalgii, ale i sporą dozą humoru. Zaczną się bowiem przygody Kuby z dedukowaniem sensu słów na podstawie mylnych przesłanek (tutaj akurat będzie szło o słowo „podrzutek”), które będą miały ciąg dalszy w kolejnej części, „Choince z Monte Bello” (tu z kolei będzie się rozchodziło o to, co to właściwie znaczy „bigamista” i czemu nie jest to osoba wyjeżdżająca za granicę i nie przysyłająca listów). Kuba jest tu trochę postacią na drugim planie, bo więcej miejsca poświęcone będzie Mili – tutaj mam trochę mieszane uczucia, bo o ile całkiem fajnie się ta postać rozwija sama z siebie, to komentarze narratora o tym, że jest niegrzeczna i niemiła jakoś miejscami trącą przekonaniem o tym, że dziewczynce być niemiłą nie wypada. Sama się czasem zastanawiam, czy wolę, kiedy narracja przekonuje mnie, że A, podczas gdy akcja idzie w stronę B, czy odwrotnie – plus Kuba i Boromeusz mogliby czasem zmyć naczynia i jakoś by to przeżyli, podczas gdy niejako „naturalnie” większość porządków w chałupinie robi Mila. Na plus zaliczam tej części to, że mamy okazję przypatrzeć się Boromeuszowi w środowisku nieco innym i pod kątem odmiennym od „to szalony wuj geolog”. Wreszcie można mu się przyjrzeć po prostu jako mężczyźnie przed trzydziestką, który oprócz naukowej pasji i zawodu posiada również inne cechy. 
 
 
Il. Teresa Wilbik.
 

„Choinka z Monte Bello” dzieje się zimą i to taki tom, w którym Rolleczek – opierając schemat narracyjny na baśni (każdy bohater ma przynieść jakiś artefakt, ale z różnych względów nie udaje się to nawet tym najsolidniejszym) – przybliża nam życie pozostałych bohaterów powieści. Kuba staje się obserwatorem tych historii, mamy więc okazję ponownie śledzić wyczyny jego wyobraźni (zwłaszcza dotyczącej motywów „diabelskich” – co prawda diabeł mógłby nie być, a jakże, Polakiem z emigracji, no ale widać trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza; na usprawiedliwienie tego powracającego co i rusz wątku dodam, że pojawia się tu również postać pozytywna, powracająca z emigracji). Nawet ciotka Wacława, która już pod koniec „Kuby...” staje się nieco mniej posągowa, a bardziej ludzka, dostanie tutaj swój własny, nieco tragiczny, wątek. Dostaniemy również romans (zawadzający o polską martyrologię, bardzo zresztą pięknie przełożoną na dziecinne wyobrażenia Kuby), tajemnice z przeszłości oraz zabawną sekwencję z pisaniem pracy doktorskiej przez stryja Henryka. Nie będę Wam zdradzała całej intrygi, oddam głos Alicji, która skomentuje to tak: Jeśli każda praca doktorska powoduje taki obłęd w domu, nie dziwię się wcale, że trzeźwi ludzie wolą poprzestać na magisterskich tytułach. W domu Kępów zapachnie Świętami Bożego Narodzenia, których na początku ma nie być, ale w końcu są, i w niczym nie przeszkadza to cieszyć się lekturą tej części latem.

Trylogię autorka poprzedziła wstępem, skierowanym do swoich synów. Pisze tam, że warto czasem wcale się tak nie śpieszyć do dorosłego świata i obejrzeć się wstecz, na swoje dzieciństwo, towarzyszące nam wtedy wyobrażenia i zabawy. „Kuba znad Morza Emskiego”, „Wyspa San Flamingo” i „Choinka z Monte Bello” to idealne książki, żeby mieć ku temu okazję.

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Mam sentyment do tej autorki, pewnie dlatego, że jesteśmy spowinowacone. Pierwowzoru postaci Kuby nie miałam okazji poznać, ale jego brata już tak :)
    A powieść ciepła i urokliwa - tak, ten wodociąg zapada w pamięć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to bardzo miło :-). Dokładnie, "urokliwa" to dobre słowo. Szczerze mówiąc, jak zwykle nie okazuję emocji w trakcie lektury, tak na scenie ratowania wodociągu aż mi się łza w oku zakręciła :-).

      Usuń
  2. O kurcze, jak zwykle brzmi cudownie! Szczerze mówiąc, żadna z poprzednich książek tej autorki mi się nie spodobała w twoim opisie - a to dość niezwykłe, bo lubię twój styl pisania o książkach. Te poprzednie były jednak totalnie nieprzekonujące, wręcz zniechęcające. Tutaj wreszcie trafiłam na coś dla mnie - świat widziany oczami dziecka - idealne, by karmić mojego wewnętrznego ośmiolatka. Tak, czasami mam wrażenie, że patrzę na świat oczami ośmioletniego chłopca. Obym trafiła na to samo wydane, bo ilustracje są cudowne i nieodparcie kojarzą mi się z dzieciństwem.
    PS: z wielką radością odkryłam, że opowiadania Grabińskiego ,,Demon ruchu" o których kiedyś pisałaś są na mojej liście lektur - będę mogła nie tylko przeczytać je bez wyrzutów sumienia, ale też przedyskutować w zacnym gronie uczelnianych znajomych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze wszystkich poprzednich polecam "Drewniany różaniec", bo to już w sumie klasyka, zawsze warto przeczytać, żeby sobie wyrobić własne zdanie -- natomiast tak, moim zdaniem trylogia o Kubie jest magiczna i bardzo przyjemnie się ją czyta.

      O, świetnie! "Demon ruchu" wart jest czytania bardzo, a dyskusji jeszcze bardziej :-).

      Usuń
  3. W końcu zdecydowałem się przeczytać, bo gdybym z tym czekał do końca naszej wspólnej z Młodszym lektury "Kuby ...", to Twój tekst mógłby się nie doczekać komentarza :P Nie wpadłem. Niestety jawi mi się Kuba jako ciąg posklejanych ze sobą obrazków rodzajowych. No, owszem, jest ogrodowy motyw przewodni, który niejako ciągnie tę historię w dal, ale odnoszę wrażenie, że jest to lepiszcze kiepskiej jakości. A może sposób narracji nie przystaje do głośnego czytania? Sam nie wiem. Z przykrością muszę stwierdzić, że chyba na "Kubie ..." zakończymy lekturę i zdradziecko udamy się na łono rodziny stworzonej piórem Anne-Cath. Vestly :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę ukrywała, że faktycznie "Kuba..." nie jest zasadniczo całością, a bardziej zbiorem epizodów (z całej trylogii właściwie najspójniejszy jest tom drugi). Trudno mi się wypowiedzieć na temat głośnego czytania (bo może faktycznie lepiej wtedy traktować tę książkę jak zbiór opowiadań?), ale muszę przyznać, że mnie się te obrazki rodzajowe bardzo podobały i przywiązałam się do bohaterów ;-). Mam też wrażenie, że oni się rozwijają, więc szkoda, że nie będziecie czytać dalej (a Vestly nie znam, z Waszej dyskusji z Zacofanym w Lekturze poniżej widzę, że powinnam nadrobić :-D).

      Usuń
  4. Vestly też się z czasem psuje, święta w lesie są takie sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My się przymierzamy do Antona. Co do świąt, to ja się tego psucia nie dopatrzyłem. Wręcz przeciwnie, uważam że trzyma poziom doskonale :P

      Usuń
    2. Ja się ciut wynudziłem. Niestety dziecię chwilowo odmawia kolejnego tomu. chyba sam dla siebie kupię :D

      Usuń
    3. Bo proza Vestly nie jest jakoś cholernie porywająca. Ale ja w stworzonych przez nią (Vestly, nie prozę) historiach odpoczywam od codziennych trudów rodzicielstwa i szumu informacyjnego, który atakuje nas z każdego kąta :) Tam jest tak rozkosznie "po staremu" :D

      Usuń
    4. Pytanie, gdzie jest ta słynna norweska opieka społeczna. Dzieci jeżdżą ciężarówką bez pasów i fotelików!

      Usuń
    5. Ale to jest koniec lat 50tych! Nie znam się na historii fotelików samochodowych, ale chyba dla Norwegów w tamtym czasie to było ufo :) No i przypomnij sobie nasze filmy i książki opisujące okres 50', 60' i powiedz ile razy widziałeś/czytałeś o harcerzach/letnikach wskakujących na pakę Jelcza czy Stara. No ile? :D

      Usuń
    6. Ja tu się wspinam na wyżyny dowcipu, a Ty mnie, proszę ja Ciebie, przez łeb obuchem realizmu i chronologii :P To się nie godzi.

      Usuń
    7. Przyznaję, zostałem zepsuty tymi piekielnymi emotikonami, których sam nagminnie nadużywam i jak nie widzę, to mi się myślenie wyłącza i myślę, że ktoś tak serio serio. Przy najbliższej okazji stawiam kubek kumysu albo innego lokalnego ustrojstwa :D
      Swoją drogą, jechałeś kiedyś na pace? Bo mnie przed oczyma stanęła ilustracja do "Czarnych Stóp" i zacząłem się zastanawiać :)

      Usuń
    8. Jechałem nyską i na przyczepie traktorowej, z grubsza znam tę przyjemność :D

      Usuń
    9. Ja jechałam na pace Stara, liczy się? Ale nie jako harcerka :P

      Usuń
    10. Pewnie. Podobnie jak jazda na czubatej furze snopów. Matko, które dziecko dziś wie co to snop i powrósło :)

      Usuń
    11. No moje dziecko właśnie ostatnio pytało o snopki :P

      Usuń
    12. Zapole, sąsiek, kobiałka, orczyk, dyszel, latry, czy lokalne nasze lgi. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie :)

      Usuń
    13. Sam musiałem trzy sprawdzić :D

      Usuń
    14. Raczej wieś z innego regionu :D

      Usuń
    15. @ "8+2" AC Vestly: Jako dziewięciolatek spędziłem w 1967 parę miesięcy w Oslo; nawet chodziłem tam do szkoły. Mój ojciec nabył tam auto (VW garbus). Natenczas legalnym było w samochodzie rejestrowanym na 4 osoby wozić rodzinę 2+4, pasy (dwupunktowe!) były tylko przy przednich siedzeniach i była to podówczas nowość (całkowicie nadobowiązkowa). Praktyka wożenia potomstwa na pace ciężarówki dziesięć lat wcześniej wydaje mi się najzupełniej prawdopodobna. NB. powieści Vestly są bardzo mocno osadzone w realiach czasu i miejsca, a baśniowy charakter nadaje im powszechna życzliwość i absolutna nieobecność zła. Ciekawym doświadczeniem jest równolegle czytać dziecku "8+2" a sobie "Cudowne dzieci" R. Jacobsena (wyd. pol. DodoEditor 2012, seria dreszczyk kulturalny kolor niebieski). Osadzone są w podobnym środowisku społecznym (klasa pracująca z Oslo), czasie (przełom 50/60) i otoczeniu (nowe blokowiska na obrzeżach Oslo: u Vestly "Tiriltoppen" - fikcyjne lecz podobno wzorowane na Bøler gdzie autorka mieszkała, domek w lesie to mógłby być dawny husmansplassen w Østmarce - sama Vestly przecinała spekulacje który, oświadczając w wywiadzie, że fikcyjny; u Jacobsena Årvoll gdzie autor spędził swoje dzieciństwo) w obu na pierwszym planie dziecięcy bohaterowie, a klimat zupełnie inny. No i BV (piję do zacofanego) ma u Jacobsena swoje złowrogie 5 minut. Oczywiście "8+2" to lektura dla dzieci z przedziału 5-9 a "Cudowne dzieci" raczej dla dorosłych, ale i tak kontrast uderzający.

      Usuń
    16. Dzięki za fantastyczne wspomnienie :D Z tymi utyskiwaniami to pół serio, w końcu wszyscy, poza Gospodynią, pamiętamy jazdę komerem bez kasku, sześcioro dzieci na tylnej kanapie poloneza, kuligi za maluchem, jazdę na burtach przyczepy za traktorem i temu podobne przyjemności, na które naszym własnym dzieciom w życiu byśmy nie pozwolili :D
      A Cudowne dzieci zapisałem sobie na listę do zdobycia.

      Usuń
    17. Albo Javką 50tką :P I co racja, to racja, szczędzimy dzieciom atrakcji, które dla nas były normalką :( I pewnie dlatego tak przykuwa ich do tych starszych książek słuchanie o podobnych, do wymienionych przez Ciebie, breweriach :)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Lgi, to ... jakby to opisać? Konstrukcja drewniana, umieszczona na ramie wozu konnego, która pozwalała układać snopy pod niebo. Charakterystyczną cechą były zaostrzone końce na czterech skrajnych rogach wozu :) Próbowałem znaleźć fotki, ale nie daję rady, bo nie wiem jak ten wynalazek nazywa się w innych rejonach Polski :P

      Usuń
    2. Hm, nie mam tutaj mojego egzemplarza Moszyńskiego o kulturze materialnej Słowian, ale sprawdzę przy najbliższej okazji, może odkryję, jak się to nazywa :-).

      Usuń
    3. https://www.olx.pl/oferta/platforma-lgi-do-siana-slomy-CID757-IDmJVuE.html#189912f966

      Usuń
    4. Pi razy oko coś takiego właśnie, tylko w moich stronach dodatkowo na rogach były rogi właśnie :) Drewniane albo z drutu (później).

      Usuń
    5. Umiem sobie to wyobrazić, ale zupełnie nie wiem, jak się to nazywa w innych regionach -- to zdaje się coś, co jest bardziej zaawansowaną wersją wozu drabiniastego?

      Usuń